Archive for the ‘Archiwa z Gazety Wrocławskiej’ Category

Powstrzymać trenera

Monday, February 23rd, 2009

(WROCŁAW) Drużyny pierwszoligowe, z uwagi na mecz reprezentacji nie zagrają w ten weekend meczów ligowych. W Śląsku Wrocław zadowoleni są z tego, że są coraz bliżej zredukowania ogromnych długów. Na boiska wyjdą natomiast drugoligowcy. Polar Wrocław spotka się na własnym boisku (sobota, g. 13) z Garbarnią Szczakowianką Jaworzno, zaś Górnik zagra w Polkowicach (niedziela, g. 15) z Orlenem Płock.

W sobotę piłkarze drugoligowego Polaru staną przed szansą zrehabilitowania się za wysoką porażkę w Płocku z Orlenem (0:3). Podopieczni trenera Ryszarda Urbanka na własnym stadionie podejmą rewelacyjnego beniaminka – Garbarnię Szczakowiankę Jaworzno (godz. 13). Do tego meczu wrocławianie przystąpią w niemal optymalnym składzie. Po przerwie spowodowanej żółtymi kartkami wraca do drużyny Marek Mazur, jedynie Jerzy Keller nadal leczy kontuzję. Szczakowianka zajmuje obecnie piąte miejsce w tabeli, jednak większość punktów zdobywa na własnym, specyficznym boisku, dopingowana przez ponad tysiąc kibiców. Według trenera Urbanka najgroźniejszym zawodnikiem rywali, będzie… grający trener Szczakowianki Andrzej Sermak, który oprócz tego, że jest rozgrywającym zespołu z Jaworzna, to jeszcze jednym z najlepszych strzelców zespołu.

Smak zwycięstwa
W niedzielę o godz. 15 Górnik Polkowice podejmie Orlen Płock: – Wie pan, że nie pamiętam smaku zwycięstwa na własnym boisku? Ostatni raz wygraliśmy… 11 sierpnia z Radzionkowem, ale ja akurat nie grałem w tym meczu – mówi gracz Górnika, Andrzej Słowakiewicz. – Myślę, że dla Orlenu ważniejszy i to zdecydowanie, będzie pojedynek z Lechem Poznań niż z nami. Wiem, że tzw. fachowcy podzielili już ligową stawkę na: Lecha i Orlen, które już „awansowały” oraz całą resztę. Od strony piłkarskiej rzeczywiście są to zespoły poukładane, a Orlen ponadto do biednych nie należy. My musimy wygrywać, bo rywale nam uciekają i tracimy pieniądze. Nie myślimy już o pojedynku w Myszkowie. Jedna jaskółka nie czyni wiosny.

Autor artykułu: (ZJ), (MIK), (HUC)

Znów skazany

Saturday, October 13th, 2001

Marian Zagórny, lider Solidarności RI, naruszył dobra osobiste firm Rolimpex i Pegrol Sudety. Tak uznał jeleniogórski sąd okręgowy. Związkowiec musi przeprosić przedsiębiorstwa na łamach ogólnopolskiego dziennika.

Przypomnijmy: w sierpniu 1999 roku Zagórny wystosował list otwarty, w którym obu firmom zarzucił praktyki złodziejskie i przemyt. Napisał też, że firma Pegrol Sudety wykorzystywała nieświadomość rolników, którzy podpisali umowy na dostarczanie płodów rolnych. Jednak w 1999 roku, nie mogli się z nich wywiązać, bo zbiory były marne. Wskutek tego wiele gospodarstw zostało zlicytowanych. List ten opublikowały prawie wszystkie liczące się media w kraju. – Marian Zagórny nie przedstawił żadnego dowodu na swoje zarzuty. Musi przeprosić – uznał sąd w orzeczeniu. Stwierdzono ponadto, że rolnicy – którym zlicytowano gospodarstwa – byli sami sobie winni, skoro nie czytali umów, które podpisywali. Marian Zagórny nie krył rozczarowania z takiego orzeczenia, ale nie wie jeszcze, czy będzie się odwoływał.

Autor artykułu: (CG)

Przewiercanie wszystkich przeszkód

Saturday, October 13th, 2001

Wczoraj zakończyły się prace nad przewiertem dla sieci ciepłowniczej. Jest to najdłuższy i najdziwniejszy przewiert, jakiego dokonano w naszym mieście.

Zakład Energetyki Cieplnej prowadzi jedną z największych w tej chwili inwestycji w Bolesławcu. Budowana jest magistrala ciepłownicza. W ZEC-u nazywana jest „magistralą Dolne Młyny”. Ma zasilać obiekty znajdujące się na ulicy Staszica oraz docelowo osiedle Garncarska. Na drodze rur znalazło się jednak wiele przeszkód (między innymi właśnie teraz trwa przewiercanie się pod drogą A4 w okolicach klasztoru na ul. Zgorzeleckiej). Najtrudniejszą przeszkodą był jednak wiadukt kolejowy. Jeden z najdłuższych w Europie i wbudowany w nasyp, stanowił istotny problem. Duże opory przed zgodą na roboty miało PKP. Obawiano się, że jakiekolwiek prace pod wiaduktem lub nasypem mogą w przyszłości doprowadzić do uszkodzeń konstrukcji. Według planów PKP w przyszłości pociągi mają jechać po wiadukcie z prędkością 180 km.

Autor artykułu: Marek Łętowski

Powódź skarg

Saturday, October 13th, 2001

Nie kończą się skargi rodzin, które w lipcu zostały dotknięte klęską powodzi. Najpierw nie dostały na czas obiecanych zapomóg. Teraz – kiedy pieniądze już się pojawiły – okazało się, że jest ich za mało.

Zgodnie z zapowiedziami premiera Jerzego Buzka, powodzianie mieli otrzymać od 4 do 6 tysięcy złotych. Tymczasem budżety powodzian zasiliła na razie dużo mniejsza suma: 1500 złotych. – Wciąż mamy namoknięte ściany, podłogi nadają się tylko do remontu. Musimy wyremontować kraty i ogrodzenia, które zniszczyła wielka woda. A za te pieniądze, które dostaliśmy, nic się nie da zrobić – skarżą się mieszkańcy zalanych dzielnic Jeleniej Góry.

Tylko 60 procent
* Danuta Żarska, dyrektor MOPS: Otrzymaliśmy jedynie 60 procent kwoty, o którą występowaliśmy. Przy przyznaniu zapomogi należało brać pod uwagę rozmiar zniszczeń oraz sytuację dochodową poszkodowanych. Te pieniądze są tylko dla powodzian. Musimy się dokładnie rozliczyć. Nie ma na razie informacji, czy nasze zapotrzebowania zostaną zrealizowane w 100 procentach.

Autor artykułu: (CG)

Narkotyki w grzybach

Saturday, October 13th, 2001

- Chłopak wszedł na ulicę i usiadł na samym środku. Wydawało mu się, że jest na skąpanej w słońcu plaży. Tak właśnie działają grzyby halucynogenne – tłumaczy Sławomir Cisowski, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji.

- W czasie sezonu o grzyby bardzo łatwo – mówi dwudziestoletni Tomek. – Wystarczy wybrać się w okolice Wrocławia i trochę poszukać.
Grzyby halucynogenne zbierają licealiści i studenci. – To rzeczywiście najłatwiej dostępny narkotyk, rośnie na łąkach, w okolicach lasów, czasami nawet w środku miasta – potwierdza Sławomir Cisowski. – Ale to nie zmienia faktu, że wciąż jest narkotykiem. I to bardzo groźnym.
Zagrożenie nie wynika jednak, jak w przypadku heroiny, z możliwości popadnięcia w uzależnienie. – Chodzi o stan, w jakim znajdują się osoby po zażyciu narkotyku – mówi rzecznik prasowy. – Nie mają świadomości tego, co robią.
Powiesił się ze strachu
- Kiedyś wybraliśmy się na grzyby. Zrobiliśmy sobie imprezę, rozpaliliśmy ognisko. Nawet nie zauważyliśmy, że jednego z nas brakuje – opowiada Marek. – Rano go znaleźliśmy. Wisiał na jednym z drzew.
Narkotyki wywołujące halucynacje są szczególnie groźne dla osób wrażliwych, introwertycznych. Stymulowana wyobraźnia może nie wytrzymać bombardujących ją bodźców. Pojawiają się stany lękowe, depresje. Małe problemy stają się wielkimi. Nawet zwolennicy tej używki przyznają, że nie zawsze jest przyjemnie. – Pojawiają się tak zwane bad tripy, czyli złe odjazdy – potwierdza Tomek. – Człowiek boi się, a tak naprawdę nie wie czego. Czuje się osaczony.
Przez co? Po prostu do działania wkraczają zawarte w grzybach substancje – psylocybina i psylocyna, które sprawiają, że psychika przestaje działać jak należy. Zażywający zaczyna intensywnie postrzegać kolory, wyostrza mu się słuch, potęgują odczucia. Początkowo przeżywa stan euforii, która może zamienić się w skrajną depresję. Traci kontakt z otoczeniem. – Decyzja jest ryzykowna – przyznaje Tomek.
Co robi policja? – Oczywiście, podobnie jak w przypadku innych narkotyków, prowadzimy działania prewencyjne. Ale my zajmujemy się prawem już złamanym – ważne jest przede wszystkim uświadomienie problemu otoczeniu – mówi Sławomir Cisowski. – Głównie rodzicom.

Grzybowa fala
W ciągu ostatniego tygodnia policjanci z sekcji do walki z przestępczością narkotykową komendy miejskiej zatrzymali ponad 20 osób, które miały przy sobie 1000 grzybów halucynogennych.
- Młodzi ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, że zażywanie grzybów halucynogennych może skończyć się tragicznie, często śmiercią – mówi oficer operacyjny wrocławskiej policji. – Grzyby powodują też zmiany w psychice osoby, która je przyjmuje. Taka zabawa może skończyć się schizofrenią, czy innymi zaburzeniami psychicznymi. Niestety, myślę, że coraz więcej osób w młodym wieku będzie brać tego typu środki odurzające.
O popularności grzybów halucynogennych może świadczyć choćby to, że w ostatnim czasie na jedną ze stron internetowych, na której jest opisany sposób hodowli tych narkotyków, weszło kilka tysięcy osób.

Autor artykułu: Michał Raińczuk

Koniec batalii

Saturday, October 13th, 2001

Na początku obrad sejmiku było wiadomo: albo szpital, albo marszałek Krzysztof Prędki. – Gdybyśmy nie zlikwidowali szpitala przy ul. Rydygiera – powiedział marszałek Prędki. – To podałbym się do dymisji.
Nie podał się.

Wczorajsza sesja sejmiku była wyjątkowo burzliwa. Z dwóch powodów: głosowano nad odwołaniem marszałka, oraz likwidacją szpitala Rydygiera. Marszałka nie odwołano, a po kilku godzinach przyszło debatować nad likwidacją szpitala. Marszałek Prędki najpierw zreferował sprawę: – Likwidacja zakończy się w 2002 – tłumaczył. Szpital zostanie podporządkowany innemu, najprawdopodobniej szpitalowi przy Koszarowej. Ten zostanie rozbudowany (przeznaczono na to 6 milionów złotych) i przeniesie się tam 150 łóżek z Rydygiera. Możliwe jest, że w miejscu gdzie do tej pory był szpital powstaną zoz-y niepubliczne: zakłady opiekuńcze, pielęgnacyjne, rehabilitacyjne. Już zgłaszają się chętni. Pierwszeństwo w zatrudnianiu będą mieli oczywiście pracownicy z Rydygiera.
Po jego wystąpieniu głos zabrało wielu radnych. Niektórzy za skandal uważali fakt, że marszałek chce zlikwidować dobry szpital, inni dostrzegali winę zarządu województwa w doprowadzeniu szpitala do ogromnych długów (17 milionów).
W końcu przystąpiono do głosowania: 26 radnych za likwidacją, 3 przeciw, 8 wstrzymało się od głosów. Likwidacja stała się faktem.
- Walczyliśmy o coś innego – mówili po głosowaniu członkowie komitetu obrony szpitala. – Ci, którzy doprowadzili szpital do ruiny powinni ponieść konsekwencję.
Nie poniosą żadnych.
Co teraz będzie z pracownikami szpitala? 60 osób już dostało wypowiedzenia. Ale jak zapewnia obecny dyrektor szpitali Rydygiera i Koszarowej, Janusz Jeżak tragedii nie ma. – Personel medyczny w większości powinien znaleźć zatrudnienie – zapewniał.
Marszałek Prędki dodał, że już prowadzone są rozmowy z bankiem, który podjął się skredytować część ogromnego długu szpitala. Później trzeba będzie prowadzić żmudne rozmowy z wierzycielami co do spłaty reszty zadłużenia, które przejał urząd marszałkowski. Wiadomo, że trzeba to rozłożyć w czasie.
Obrońcy szpitala nie poddają się jeszcze: – Sprawa jest już w prokuraturze, liczymy, że uchwałę sejmiku zawetuje wojewoda – mówi Wiesław Żukowski, pełnomocnik komitetu. Co do likwidacji nie ma wątpliwości. Szpital celowo doprowadzono do ruiny finansowej. Dlaczego? W jego remont włożono ok. 3 milionów, budynek jest w dobrym stanie. To bardzo łakomy kąsek dla prywatnych inwestorów. Może stąd ta likwidacja?

Autor artykułu: (MJG)

Rodzinne interesy

Saturday, October 13th, 2001

Na trzy miesiące została tymczasowo aresztowana córka byłego posła Kongresu Liberalno-Demokratycznego podejrzana o wyłudzenie kredytów o wartości prawie 5 milionów złotych. 23-letnia Katarzyna M., jako prezes spółki, zaciągnęła w ubiegłym roku kilka pożyczek. Zdaniem prokuratury, kredytów nie zamierzała spłacić.

W lipcu 2001 roku sąd tymczasowo aresztował ojca Katarzyny M. Były poseł został zatrzymany w Miami na Florydzie. Prokuratura zarzuciła mu wyłudzenie kredytów w kwocie nie mniejszej niż 23 miliony złotych. Zarzuty postawiono również kilku innym osobom. Są to prezesi kilku firm, które kontrolował były poseł.
Kilka dni temu w ręce funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa wpadła córka posła. Katarzyna M. była prezesem zarządu firmy Alfa. Prokurentem w przedsiębiorstwie był jej ojciec, Zenon M. W ubiegłym roku kobieta zaciągnęła kilka kredytów w oparciu o nierealne gwarancje spłaty, na przykład weksle bez pokrycia. Pożyczek udzielił jej Bank Przemysłowo-Handlowy w Gubinie. Dyrektor banku został już tymczasowo aresztowany. Mężczyzna jest podejrzany o niedopełnienie obowiązków służbowych i spowodowanie szkody w firmie.
Śledztwo przeciwko byłemu posłowi Kongresu Liberalno-Demokratycznego zatacza coraz szersze kręgi. Do tej pory zarzuty postawiono już kilkunastu osobom.
Wydział do spraw Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu, który prowadzi śledztwo, bada też, czy firmy kontrolowane przez Zenona M., zajmowały się również wyłudzaniem podatku VAT.

Autor artykułu: (RG)

Ustawa kontra ordynacja

Friday, October 12th, 2001

(WROCŁAW) Dwa sprzeczne akty prawne: ustawa samorządowa i ordynacja wyborcza. Pierwszy dopuszcza łączenie obu mandatów, druga na to nie zezwala. Jaką decyzję podejmą dwaj wrocławscy radni, a od 23 września już posłowie: Bogdan Zdrojewski z PO i Janusz Krasoń z SLD? I kto zajmie ich miejsca w radzie?

Przepis ustawy samorządowej zmieniony przez parlamentarzystów w kwietniu ubiegłego roku, który nie dopuszcza łączenia mandatu posła z mandatem radnego zacznie obowiązywać dopiero po zakończeniu obecnej kadencji samorządowej. Najwcześniej stanie się to wiosną tego roku, najpóźniej jesienią.
Do tej pory łączenie obu tych funkcji było możliwe. Dlatego wśród wrocławskich rajców mamy np. dotychczasowego posła Jana Chmielewskiego z AWS, któremu po wrześniowych wyborach został już tylko fotel radnego. W Sejmie miejsca dla niego zabrakło.
Parlamentarne stołki zajmą jednak dwaj wrocławscy radni: Janusz Krasoń z ramienia SLD i Bogdan Zdrojewski z PO. Czy zrezygnują z mandatów radnych miejskich? Zgodnie z ustawą samorządową, do końca kadencji, nie muszą. Jednak jest jeszcze obowiązująca ordynacja wyborcza. Z niej jasno wynika, że łączenie tych dwóch funkcji jest niemożliwe. Który z przepisów jest zatem tym obowiązującym?

Bez względu na to, który z aktów jest tym decydującym, wiadomo już, że dotychczasowy szef klubu radnych SLD zrezygnuje ze swojego stanowiska.
- W dniu zaprzysiężenia na posła, przestanę być radnym – twierdzi Janusz Krasoń. – Będzie to przede wszystkim zgodne z regułami wewnątrzpartyjnymi, które tego ode mnie wymagają.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że stanowisko szefa klubu radnych SLD obejmie Władysław Gut.
- Nie mogę zdradzić, czy rzeczywiście tak się stanie – powiedział Janusz Krasoń. – Jednak Władysław Gut ma duże szansa. Choćby z racji zajmowanego stanowiska wiceprzewodniczącego.
W sali sesyjnej na miejscu Janusza Krasonia zasiądzie Agata Grzegrzółka.
Zmiany zajdą również po prawej stronie miejskiej sceny politycznej.
- Na pewno zrezygnuję z mandatu radnego – zapowiedział już Bogdan Zdrojewski, który teraz przeniesie się do sejmowej ławy.
Skład miejskich rajców wzbogaci się o osobę Jacka Millera z klubu Wrocław 2000 Plus, obecnego powiatowego inspektora nadzoru budowlanego. I tu może dojść do kolejnej sprzeczności. Jacek Miller będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy pracownik rządowej administracji może być równocześnie radnym.
Ostatecznie wszelkie zmiany musi jeszcze zaakceptować rada miejska. Prawdopodobnie nastąpi to już 18 lub 19 października, na jej najbliższym posiedzeniu.


Być posłem czy zostać radnym?
* Grażyna Tomaszewska – Cupaila
* przewodnicząca rady miejskiej
Uważam, że ci, którzy dostali się do Sejmu powinni zrezygnować z mandatów radnych. Łączenie tych dwóch funkcji jest uciążliwe. Zwłaszcza jeżeli chodzi o pracę w komisjach działających przy radzie miejskiej. To zajęcie bardzo czasochłonne.

* Piotr Gaglik
* przewodniczący komisji statutowej w radzie miejskiej, prawnik
Blokada występuje tylko z jednej strony. Radny mógł kandydować na posła, ale z chwilą dostania się do parlamentu, nie może być już radnym. Obowiązuje go ordynacja wyborcza. Jeżeli parlamentarzysta nie zda mandatu radnego, automatycznie przestaje być posłem.

Niektóre z dotychczasowych zmian w radzie miejskiej:

  • Po złożeniu mandatu radnego przez Jana Chorostkowskiego w sali sesyjnej zasiadł Jan Sołtys
  • Po śmierci Andrzeja Kobla fotel radnego zajął Krzysztof Jakubczak
  • Po awansie Bogusława Litwińca na senatora jego miejsce w radzie miejskiej zajął Włodzimierz Chudy

    Autor artykułu: Agata Kondzińska

  • Lalki na śmietniku

    Friday, October 12th, 2001

    (WROCŁAW) Kilkadziesiąt prac znanego wrocławskiego artysty Tomasza Brody, które wystawione zostały w „Galerii Dominikańskiej”, zostało wyrzuconych na śmietnik. Na wysypisku wylądowały lalki przedstawiające m.in. kardynała Henryka Gulbinowicza, Tadeusza Różewicza, Jana Miodka, Bogdana Zdrojewskiego, Jerzego Grotowskiego, a także 22 oryginalne ilustracje do książki „Zrób sobie Wrocław”.

    Wystawa trwała od 13 do 16 września i połączona była z pokazami, podczas których artysta demonstrował, jak z przedmiotów codziennego użytku wykonać można znane zabytki Wrocławia oraz wybitne osobowości związane z tym miastem. Z bułek, chleba, guzików, skarpetek, rajstop, spodni, zapałek i innych przedmiotów, które towarzyszą nam na co dzień, Broda wykonał m.in. wrocławską Halę Ludową, Most Grunwaldzki, Ratusz, wrocławską katedrę, a także kilkadziesiąt karykaturalnych podobizn najwybitniejszych osobistości miasta. Po zamknięciu wystawy, kiedy artysta chciał odebrać swoje prace, okazało się, że bez jego wiedzy zostały one z Galerii Dominikańskiej usunięte i wywiezione na… śmietnik.

    „Zutylizowano”
    - Prawie trzy tygodnie czekałem na zwrot prac po wystawie. W końcu moja cierpliwość się wyczerpała i zadzwoniłem do firmy, która sama zadeklarowała, że przywiezie mi prace do domu. Usłyszałem jednak, że po wystawie prace nikomu nie były potrzebne, więc zostały „zutylizowane” – opowiada Tomasz Broda. – Zaniemówiłem z wrażenia. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z przypadkiem, by ktoś postąpił z moimi pracami tak, jakby to była jego własność. Byłem oburzony, że nie powiadomiono mnie o niczym. Będę domagał się zwrotu kosztów na drodze ugodowej, ale jeśli nie dojdziemy do porozumienia, to będę szukał innych rozwiązań.
    - Prace zostały rzeczywiście wyrzucone na śmietnik, bo część z nich była wykonana z bułek i gofrów, które się psuły. Z mojego polecenia pracownicy zaczęli sprzątać magazyny. Inne prace – plansze z nadrukami zostały wyrzucone przez przypadek – przyznaje Dorota Beltrani, dyrektor Galerii Dominikańskiej. – Możemy panu Brodzie zrobić odbitki tych plansz.

    Nie wiedzą, co pokazują
    O tym, że na wystawie Tomasz Broda prezentował oryginały, a nie kopie, których „odbitki” z definicji nie są nic warte, zdaje się nie wiedzieć nie tylko organizator wystawy „Galeria Dominikańska”, ale i współorganizator „Studio LS”.
    - Pan Broda nie mówił nam, że to były oryginały. Poza tym to były prace z produktów spożywczych, krótkotrwałe – tłumaczy Lucyna Szumacher ze „Studia LS”.
    - Firma, która organizowała wystawę, bez żadnego prawa zadysponowała dziełami artysty. Zgodnie z prawem autorskim, tylko autor ma prawo rozporządzać swoim dziełem, chyba że nastąpi przeniesienie prawa dysponowania dziełem na inny podmiot. W tym przypadku takiego przeniesienia nie było, dzieło zostało zatem bezprawnie zniszczone – tłumaczy Krzysztof Zuber, adwokat. – To barbarzyński akt, którego w żadnym razie nie usprawiedliwiają argumenty, że dzieło było wykonane z pieczywa czy materiałów codziennego użytku.

    Bezradni?
    Oburzenia nie kryją też środowiska artystyczne Wrocławia, zwłaszcza, że nie jest to pierwszy przypadek. Ponad rok temu zniszczono prace znanej wrocławskiej scenografki Elżbiety Terlikowskiej. Włamano się wówczas do jej pracowni na strychu byłego domu towarowego „Łada”, który kupiła firma „AE”.
    - To, co stało się w Galerii Dominikańskiej to ewidentny brak profesjonalizmu ze strony kogoś, kto nadyma się, że będzie organizował wielką sztukę, a tak naprawdę w ogóle nie wie, czym sztuka jest – uważa Eugeniusz Get-Stankiewicz, znany artysta plastyk z Wrocławia. – Mnie także od pewnego czasu spotykają historie z niszczeniem prac. Czuję się jednak bezradny, bo próbowałem coś mówić, zwracać uwagę, na nic się to jednak nie zdało. Nie wiem, co należałoby zrobić – krzyczeć, oburzać, bawić w organizowanie ochrony, strażników? Po co to wszystko, skoro wtórny analfabetyzm estetyczny i emocjonalny wciąż trwa i jest obecny.
    - Zrobienie czegoś takiego artyście, który tak bardzo kojarzy się z Wrocławiem i tak wiele swoich prac poświęcił wrocławianom, świadczy o tym, że miasto wciąż nie nauczyło się szacunku do artystów działających na rzecz jego dobra – mówi Mariusz Urbanek, autor książki „Zrób sobie Wrocław”. – Po tym czynie widać też, jak wiele jeszcze musi się nauczyć młody kapitalizm, którego stać na budowanie sobie takich pomników jak „Galeria Dominikańska”, a który nie jest w stanie nawet poszanować cudzej własności.


    Nas reprezentuje
    Tomasz Broda jest laureatem Nagrody Prezydenta Zdrojewskiego, reprezentował Wrocław m.in. na Targach Książki we Frankfurcie, na sesji MKOL w Seulu, na wystawie w Muzeum Karykatury w Warszawie, na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach. Na najbliższe miesiące planowane są wystawy jego prac w Wałbrzychu i Zielonej Górze.

    Autor artykułu: Dorota Hartwich

    Dni Holandii rozpoczęte

    Friday, October 12th, 2001

    (WROCŁAW)Już po raz z siódmy we Wrocławiu rozpoczęły się Dni Holandii. Uroczyste otwarcie miało miejsce wczoraj w hotelu Holiday Inn.

    - Holandia jest pięknym, choć niedużym krajem. Warto poznać jego kulturę i mieszkańców – powiedział podczas inauguracyjnej konferencji Wojciech Zipser, Konsul Honorowy Królestwa Niderlandów.
    Dni Holandii mają służyć przybliżeniu Polakom, a zwłaszcza mieszkańcom Dolnego Śląska Holandii.
    -Przede wszystkim Holandia jest krajem bardzo pragmatycznym. Pragmatyzm wynika stąd, że Holendrzy, aby istnieć, musieli nauczyć się codziennej walki z wodą. Ich kraj to depresja, a morze potrafi być bardzo brutalne – powiedział Wojciech Zipser, Konsul Honorowy Królestwa Niderlanów.
    Ta walka doprowadziła do specyficznego podejścia Holendrów do siebie nawzajem. Są sobie równi. Nikt nie jest lepszy, ani gorszy.
    Wczoraj mogliśmy poznać stanowisko Holendrów w sprawie ekologii, która jest dla nich bardzo ważna. A przede wszystkim dowiedzieć się, w jaki sposób Holendrzy wykorzystują naturalne źródła energii.
    -Holandia jest małym krajem o dużym zagęszczeniu ludności. Gdybyśmy nie dbali o środowisko naturalne, nasz kraj byłby najbardziej zanieczyszczony w Europie – powiedział Jeroen-Louis Martens, attache handlowy w holenderskiej ambasady.
    Zagadnienia ekologiczne nie były jedynym tematem wczorajszego dnia holenderskiego. Mogliśmy dowiedzieć się między innymi jakie miała znaczenie kultura Orientu dla twórczości Rembrandta i posłuchać uroczystego koncertu w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.
    Jutro zapraszamy wszystkich chętnych do Rynku na „Spotkanie z Lwem”. Będą gry i zabawy dla najmłodszych, a dla trochę starszych konkursy!

    Autor artykułu: (JAR)