Nie ma dyżurów?

October 10th, 2001

- Pracuję dzisiaj i muszę skorzystać z Internetu – zadzwonił do nas w niedzielę Mieczysław Kowalski z Bolesławca. – Niestety, łącza nie działają.
W sobotę i w niedzielę, w kilku miejscach w Bolesławcu przestało działać stałe łącze internetowe. Próbowaliśmy interweniować i my, ale nikt w biurze napraw nie podnosił słuchawki. Zadzwoniliśmy pod inny numer, podany w książce telefonicznej. W poniedziałek rano dowiedzieliśmy się w biurze obsługi klienta TP, że w soboty i niedziele pracownicy mają wolne…

Autor artykułu: (LEN)

Słuszne skargi

October 10th, 2001

- Przez ponad rok pracowałam w szpitalu przy ul. Koszarowej na czarno. Bez umowy, bez badań, bez ubezpieczenia. Podobnie jak wiele innych salowych i sanitariuszy – twierdzi pani Alicja S. – Nasza kontrola potwierdziła te informacje – poinformowano nas w dziale legalności zatrudnienia Powiatowego Urzędu Pracy we Wrocławiu.

- Przez ponad rok pracowałam w szpitalu przy Koszarowej na czarno. Byłam salową – opowiada Alicja S. (prosi o niepodawanie nazwiska). – Najczęściej sprzątałam blok pooperacyjny i internę. Ale zdarzało się również, że i oddziały, gdzie leżą chorzy na żółtaczkę i inne choroby zakaźne. Przygotowywałam też chorych do zabiegów.
Nie płacić składek
Nazwisko Alicji S. jest na listach obecności. Jest tam również nazwisko i pieczątka jej przełożonego – przedstawiciela firmy Bresco. Jest to jednak jedyny dowód, że osoba taka wykonywała pracę na zlecenie spółki, która wygrała przetarg na sprzątanie szpitala przy Koszarowej.
- Trzeba było znaleźć kogoś, kto już miał etat w innej firmie lub był na emeryturze – opowiada Alicja S. – Oficjalnie to z nim firma podpisywała umowę-zlecenie, żeby nie płacić składek. Faktycznie jednak pracował, ktoś inny.
Dyżury z rzędu
Alicja S. zarabiała 760 zł brutto miesięcznie. Twierdzi, że często były to 12-godzinne dyżury przez kilka dni z rzędu. Jak się pracuje na czarno wolne się nie należy. Zachorować też nie można, bo to oznacza automatycznie znacznie mniejsze wynagrodzenie, albo… natychmiastową utratę pracy. W razie wypadku, czy na przykład zarażenia jakąś chorobą, firma wobec takiego pracownika nie ma żadnych zobowiązań. Alicja S. zapewnia, że nie ona jedna godziła się na takie warunki. Obiecywano jej umowę, ale na tym się skończyło. Kobieta poczuła się oszukana.
Znana firma
Kontrolerzy z urzędu pracy twierdzą, że nazwa Bresco jest im dobrze znana.
– Mniej więcej co pół roku zgłaszają się do nas ludzie, którzy mają zastrzeżenia do spółek Bresco – stwierdził jeden z pracowników działu legalności zatrudnienia we wrocławskim urzędzie pracy. Kontrole wykazały szereg nieprawidłowości. Urząd pracy zawiadomi o sprawie ZUS i urząd skarbowy. Skieruje również wniosek do kolegium o ukaranie spółki. W najgorszym przypadku firmie grozi grzywna do 5000 zł. Taka sama kara może spotkać bezrobotnego, który biorąc zasiłek, dorabiał w Bresco na czarno.
Zaskoczony?
- Jestem bardzo zaskoczony takimi informacjami – mówi Janusz Jerzak, dyrektor szpitala chorób infekcyjnych przy ul. Koszarowej. – Do przetargu na sprzątanie szpitala stawały różne firmy. Wybraliśmy Bresco, bo oferowała dobre warunki i ma dobrą opinię. Jednym z atutów firmy było to, że właśnie nie zatrudnia na czarno!

Nie opłaca się
- Nigdy nie zatrudniałem, nie zatrudniam i nie będę zatrudniał nikogo na czarno. Po prostu: to mi się nie opłaca – twierdzi tymczasem Marek Zalewski, prezes i współwłaściciel trzech spółek Bresco, Bresco Consulting i Bresco Serwis.

Autor artykułu: Izabela Czuban

Dom dla domu

October 10th, 2001

- Zarząd Miasta Wrocławia pozytywnie rozpatrzył prośbę diecezji ewangelicko – augsburskiej o przyznanie budynku przy ulicy Świętnickiej – poinformował Paweł Romaszkan z biura prasowego urzędu miejskiego. – Powstanie w nim, zgodnie z planami, dom pomocy społecznej. Podobna instytucja działa już przy ul. Kamieńskiego we Wrocławiu.

Autor artykułu: (AGK)

Musi odejść

October 10th, 2001

Zarząd miasta odwołał Tadeusza Płazę ze stanowiska dyrektora „Impartu”. – Chcieliśmy załatwić sprawę polubownie. Nie udało się – mówił Andrzej Łoś, wiceprezydent miasta. Płaza odpowiada: – Nie komentuję. Nie ma podstaw, żeby rozwiązać ze mną umowę o pracę.
Konflikt o Centrum Sztuki „Impart” trwa od kilku miesięcy. Placówkę odwiedziły trzy kontrole. Ich wyniki przesądziły los Tadeusza Płazy.

Zarzuty kontrolerów dotyczyły dwóch imprez organizowanych przez „Impart”: Karnawału Świętojańskiego i sylwestra 2000. Dyrektor Płaza miał m.in. podawać różne wersje budżetów obu imprez, miał też bezpodstawnie wydać 50 tys. zł. uzyskanych od miasta (zamiast na karnawał pieniądze poszły na imprezę „Jubilaeum”). Były również zarzuty o wypłacanie artystom pieniędzy z góry (bez gwarancji, że wystąpią) i o podpisywanie umów przez samego Płazę – bez podpisu księgowego.
Płaza konsekwentnie podkreślał: – Zarzuty są niepoważne.
- Według naszej oceny zarzuty przeciwko dyrektorowi nie noszą znamion przestępstwa – stwierdził Andrzej Łoś (odpowiada w zarządzie za kulturę). – Dlatego nie wystąpimy z wnioskiem do prokuratury. Sprawę skierowaliśmy do rzecznika dyscypliny finansów publicznych. On rozstrzygnie w jakim stopniu naruszone zostały finanse miasta. Płazie grozi za to zakaz zajmowania stanowisk publicznych przez najbliższe 5 lat.

Tymczasem dyrektor „Impartu” jest poważnie chory. Od kilku tygodni przebywa na zwolnieniu lekarskim. – W piątek potwierdziłem na piśmie wolę ustąpienia ze stanowiska – mówił wczoraj. – Prosiłem tylko, żeby dano mi trochę czasu na wyzdrowienie. Bez rezultatu.
Płaza nie wyklucza, że skieruje sprawę do sądu pracy. – Ale muszę się najpierw zapoznać ze szczegółowymi powodami odwołania – mówi.
Nazwisko nowego dyrektora „Impartu” ma być znane w listopadzie. Wyłoni go konkurs. Skład sądu konkursowego poznamy w przyszłym tygodniu. – Chcemy, żeby uczestnicy konkursu przede wszystkim przedstawili konkretną wizję funkcjonowania Impartu – zapowiedział Andrzej Łoś.
Czy w konkursie wystąpi sam Płaza? – Jak mam startować, skoro mnie właśnie odwołano? Przecież to votum nieufności dla mnie – odpowiada.

Autor artykułu: Agata Kondzińska, Łukasz Medeksza

Fala plajt

October 10th, 2001

W 2001 roku do wrocławskiego sądu wpłynęło 281 wniosków o ogłoszenie upadłości. Obecnie toczy się 157 postępowań po ogłoszeniu bankructw. To znacznie więcej niż w latach ubiegłych.

- Ostatnich latach liczba wniosków o upadłość wzrasta lawinowo. Wcześniej, powiedzmy od roku 1993 do 1998, utrzymywała się mniej więcej na tym samym poziomie: 100 – 120 nowych spraw rocznie. – mówi sędzia Dariusz Kłodnicki, z-ca przew. wydziału ds. upadłościowo-układowych Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Fabrycznej. – Obecnie prowadzimy też znacznie więcej postępowań o orzeczenie zakazu prowadzenia działalności.
To znaczy, że coraz więcej przedsiębiorstw ma długi, których nie jest w stanie spłacać. I nie są to przejściowe trudności finansowe. Statystyki sądowych wydziałów upadłościowych potwierdzają, że w Polsce coraz trudniej prowadzić interesy. We Wrocławiu i okolicach bardzo dużo wniosków o ogłoszenie upadłości wobec osób fizycznych zgłasza w ostatnich miesiącach ZUS i urząd skarbowy. Sądy oddalają znaczną ich część, ponieważ majątek tych przedsiębiorców pozostały po spłaceniu długów, nie wystarcza nawet na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego.
Plajtują masowo małe przedsiębiorstwa. Najgorzej, od ubiegłego roku, dzieje się w branży budowlanej i firmom leasingowym.
- Nie dość, że do sądu wpływa rocznie ponad dwukrotnie więcej takich wniosków niż kiedyś, to jeszcze większość z nich składana jest zbyt późno – tłumaczy sędzia Dariusz Kłodnicki – Już po wyprzedaży najbardziej wartościowych składników majątku przedsiębiorstwa.

W efekcie, kiedy wkracza syndyk, dla wierzycieli bankruta zostaje niewiele: z reguły to, co bardzo trudno spieniężyć i długi, które trudno ściągnąć.
Kiedy przedsiębiorca nie informuje sądu o plajcie – a ma na to 2 tygodnie po zaprzestaniu płacenia długów – wszczynane jest wobec niego postępowanie o orzeczenie zakazu prowadzenia działalności gospodarczej w ogóle. We wrocławskim sądzie na 118 takich orzeczeń 84 już się uprawomocniło.

Liczba wniosków, które wpłynęły do sądu w okręgu wrocławskim
1998 – 120
1999 – 182
2000 – 252
2001 – 281

Ilość spraw toczących się po ogłoszeniu upadłości (tu już działa syndyk)
1998 – 98
1999 – 89
2000 – 119
2001 – 157 (do końca IX 2001)

Ilość wszczętych postępowań o zakazie prowadzenie działalności gospodarczej
1998 – 8
1999 – 32
2000 – 70
2001 – 52 (do końca IX 2001)
Prawomocne zakazy prowadzenia działalności gospodarczej orzeczono wobec 84 osób fizycznych i reprezentantów przedsiębiorstw.

Gdzie podziały się pieniądze?
Andrzej Majewski, konsultant w Kancelarii Doradztwa Gospodarczego: – Dane mówiące o ilości firm, które zgłaszają upadłość, są zatrważające, ale nie mogą dziwić. Jest to prosty efekt prowadzonej w Polsce od kilku lat polityki.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest bardzo wiele.
Zanim je wymienię, chciałbym zauważyć, że bezpośrednią przyczyną fatalnego wzrostu ilości ogłaszanych plajt jest brak płynności finansowej firm, deficyt pieniądza. Często dzieje się tak, że firma, która nie ma ujemnego wyniku finansowego, a czasami ma ten wynik “na papierze” nawet dobry, faktycznie nie może prowadzić działalności ze względu na brak środków finansowych. Nie może inwestować, kupować nowych środków produkcji, materiałów, wywiązywać się ze swoich zobowiązań względem kontrahentów i budżetu państwa. Należy sobie zadać pytanie: gdzie się podziały pieniądze, skoro nikt ich nie ma? Obywatele i firmy mają puste kieszenie, budżet państwa – nie dość, że ma pustą, to jeszcze dziurawą.
Jak rzekłem na wstępie, przyczyn jest wiele: ujemny bilans w handlu zagranicznym, system podatkowy niesprzyjający rozwojowi gospodarczemu, duże obciążenia związane z zatrudnieniem, wysokie stopy procentowe. Jednak jako główny czynnik wypompowujący pieniądz z polskiego rynku, należy uznać zagraniczne firmy handlowe. Z jednej strony są one ogromną i nie zawsze uczciwą konkurencją dla firm polskich, z drugiej zaś strony nie przysparzają budżetowi państwa – ze względu na zwolnienia podatkowe – dochodu.

Liczba wniosków o upadłość w sądach w Polsce

1995 – 2991
1996 – 2710
1997 – 2368
1998 – 2667
1999 – 3149
2000 – 4442

Autor artykułu: Izabela Czuban

Z chodnika na cmentarz

October 9th, 2001

(OBORNIKI ŚLĄSKIE powiat TRZEBNICA) Podczas niedawnej wizyty w mieście przedwojennych mieszkańców Obornik Śląskich, goście z Niemiec odwiedzili stary cmentarz. Niegdyś splantowany, potem zaniedbany, dzisiaj panuje na nim porządek, choć z dawnej nekropolii pozostało niewiele.

Centralnym punktem dawnego cmentarza przy ul. Kasztanowej w Obornikach Śląskich, a obecnie raczej parku, jest obelisk zaprojektowany w 1998 r. przez miejscowych architektów Anetę i Krzysztofa Czerkasów. W tym roku wokół monumentu zgromadzono ocalałe płyty nagrobne. Jest ich kilkadziesiąt. Część z nich została użyta kiedyś jako… płyty chodnikowe w pobliskiej szkole. Podczas prac przy rozbudowie gimnazjum odzyskano ponad dwadzieścia kamieni cmentarnych, wydobyto je, oczyszczono, a następnie ułożone zostały w specjalnie zaprojektowanym otoczeniu istniejącego już wcześniej obelisku. Robotami kierowali pracownicy z wydziału rolnictwa i ochrony środowiska Urzędu Miejskiego w Obornikach Śląskich, a nadzorował zarząd.
- W trakcie prac przy tworzeniu tej nekropolii pojawiły się kolejne płyty i krzyże przywiezione przez mieszkańców, którzy uchronili je przed dewastacją i zbezczeszczeniem – poinformował nas Adam Stocki, zastępca burmistrza Obornik Śląskich. – W ten skromny sposób oddajemy cześć zmarłym i przepraszamy za zniszczenie i dewastację, jakiej dopuściło się nasze społeczeństwo po wojnie. Apelujemy także do mieszkańców o dalsze zwroty płyt i innych elementów nagrobnych pochodzących z poniemieckiego cmentarza.

Autor artykułu: (AGNI)

Przeprowadzki szkolne

October 9th, 2001

(WROCŁAW) Jedną szkołę likwidują, drugą przenoszą. W miejscu tej drugiej budują bibliotekę. – Istny galimatias – twierdzi dr Hubert Adamczyk dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu. Najdziwniejsze jest to, że dyrektor Adamczyk o lkwidacji swojej placówki dowiedział się przypadkiem… Na konferencji dla dyrektorów szkół ponadpodstaowych. – Do września nie miałem o niczym pojęcia – twierdzi. Dlaczego?

- Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że naszą szkołę trzeba zlikwidować, ponieważ jesteśmy nierentowni. A jak mamy być, skoro zabroniono nam prowadzić jakikolwiek nabór uczniów na rok 2002/2003 – opowiada dr Hubert Adamczyk, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych Żeglugi Śródlądowej. Podobno kadra, którą kształcimy jest zbędna. Absolutnie się z tym nie zgadzam.
ZSZ Żeglugi Śródlądowej jest jedyną w Polsce tego typu szkołą. Kształci specjalistów związanych z transportem i gospodarką wodną.
- Wrocław leży nad Odrą. Fachowcy od gospodarki wodnej będą zawsze potrzebni na naszym terenie – twierdzi dyrektor Adamczyk.
W miejscu ZSZŻŚ ma powstać liceum obywatelskie. Jest już nawet uchwała rady miejskiej, która ma wejść w życie 1 września 2002. Dotyczy planu sieci publicznych szkół ponadgimnazjalnych na terenie Wrocławia.
- Problem w tym, że o nas w uchwale w ogóle się nie mówi – twierdzi Hubert Adamczyk. – Wspomniane są tylko planowane przenosiny XIV LO do budynku ZSZ Żeglugi Śródlądowej. Jest to kompletną bzdurą, ponieważ w naszym budynku nie ma miejsca dla kolejnej szkoły – dodaje oburzony dyrektor Adamczyk.
O tych przenosinach dyrektor XIV LO wiedział od nas.
Kosztowna przeprowadzka
Budynek przy ul. Szczytnickiej, w którym mieści się XIV LO powinien przejść generalny remont. Inaczej jego użytkowanie grozi niebezpieczeństwem.
- Z tego, co mi wiadomo, remont nie jest opłacalny i dlatego XIV LO musi mieć inną lokalizację – twierdzi Aleksander Dobrzycki, dyrektor liceum.
Szkoła nie ma też infrastruktury odpowiadającej podstawowym wymogom szkolnictwa. – Budynek stoi przy ruchliwej ulicy, mamy więc straszny hałas. Innym problemem jest brak bazy do w-f. Nie mamy własnej sali.
Taką infrastrukturę posiada szkoła żeglugi śródlądowej. Szkoła ma wszystko: Internat, basen kryty, własną salę do w-f, boisko…
- Jednych należy zlikwidować, by inni zajęli ich miejsce – twierdzi dr Hubert Adamczyk. – Tylko nie wiem, czy ta przeprowadzka opłaci się XIV LO. Ponieśli przecież olbrzymie koszty przystosowując sale do systemu informatycznego. W naszym budynku musieliby zrobić to jeszcze raz.
Biblioteka ?
Gdy XIV LO zostanie przeniesione od 1 września 2002 do ZSZ Żeglugi Śródlądowej, teren szkoły przejmie Uniwersytet Wrocławski i powstanie tu „biblioteka przylegająca do boiska szkoły…”, o czym dowiadujemy się z wyżej wymienianej już uchwały rady miasta.
- Biblioteka na Szczytnickiej? Nic mi o tym nie wiadomo – zaprzecza Marek Konratowski, dyrektor do spraw inwestycyjnych Uniwersytetu Wrocławskiego.
- Nowy gmach biblioteki ma powstać przy Moście Pokoju, obok wydziału chemii.
- Ale – dodaje dyrektor Konratowski, gdyby XIV LO się wyprowadziło, uniwersytet byłby zainteresowany gruntami po szkole.
- I nie tylko oni. Ta ziemia jest bardzo droga. To przecież część Ostrowa Tumskiego – dodaje dyrektor Aleksander Dobrzycki.

Autor artykułu: Joanna Jarocka

Gwóźdź do trumny

October 9th, 2001

(WROCŁAW) Nic mi już nie pozostało, tylko położyć się i czekać aż śmierć przyjdzie. Straciłem całą chęć do życia – mówi ze łzami w oczach Zygmunt Mońka, emeryt z Wrocławia. Od wielu lat choruje na miażdżycę, a teraz Prywatny Zarząd Mieszkaniami „Patron” we Wrocławiu chce go pozbawić jedynej szansy powrotu do zdrowia.

Zygmunt Mońka ma nieduży drewniany składzik, który stoi na kamienicznym podwórzu, jednym bokiem opierając się o ścianę kamienicy. Trzyma tam swój rower. Składzik jest własnością pana Zygmunta od 1975 roku, ale zbudowano go wiele lat przedtem. Dotąd jego istnienie nikomu nie przeszkadzało, ale teraz stało się nagle powodem konfliktu między mieszkańcami ulicy E. Orzeszkowej 40.
PZM „Patron” nakazał panu Zygmuntowi „dobrowolne opróżnienie pomieszczenia.” Ma ono być wyburzone. Domagają się tego sąsiedzi i właściwie jest to tylko kwestią czasu.

- Komórka zagraża mojemu bezpieczeństwu, a może nawet życiu – oburza się sąsiadka Zygmunta Mońki, która wystosowała wniosek do PZM o rozebranie komórki. – Z jej dachu bardzo łatwo można przedostać się na mój balkon, a potem do mieszkania. Nie mam zamiaru czekać, aż ktoś się do niego włamie, splądruje, a mnie pobije. Tyle elementu się tu teraz kręci.

Szlachetne zdrowie…
Pan Zygmunt jest starszym, schorowanym człowiekiem. Od lat cierpi na wiele schorzeń. Najbardziej dokucza mu miażdżyca. Lwią część swojej emerytury przeznacza na lekarstwa. Resztę pochłania niezwykle teraz drogie życie: czynsz, opłaty za wodę, prąd… Niewiele zostaje mu pieniędzy na potem.

- Jazdę na rowerze zalecił mi lekarz – opowiada. – Ma to poprawić moje krążenie. Zażywanie samych lekarstw nie wystarczy, a na specjalistyczną opiekę mnie nie stać. Rehabilitacja jest bardzo kosztowna, więc rower to mój jedyny ratunek.

Mógłby nosić rower po schodach do piwnicy albo nawet do mieszkania na drugim piętrze, ale gdyby był młodszy i zdrowy. Tymczasem samo chodzenie sprawia mu wiele trudności i bólu. O dźwiganiu roweru nie ma nawet mowy. Kantorek jest mu zatem niezbędny. Jeśli go straci rower będzie musiał sprzedać oddać komuś lub wyrzucić.

Nie ma nadziei
- Tylko pisemne wycofanie skargi może ocalić komórkę od zburzenia – tłumaczy Iwona Michalska, administratorka z PZM. – Zdrowy rozsądek wymaga jednak, aby zniknęła ona z podwórza i to szybko. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś zaprószył tam ogień.

- Ja i tak nie ustąpię – zarzeka się inicjatorka akcji burzenia kantorka.

Tymczasem cała ta historia nadszarpnęła i tak już wątłe zdrowie pana Zygmunta. Wkrótce czekają go dwie ciężkie operacje: pierwsza związana z miażdżycą, druga z prostatą.

Autor artykułu: Marcin Wójcik

Pomyłka gangstera

October 8th, 2001

(WROCŁAW) Usiłowanie dokonania wymuszenia rozbójniczego oraz rozboju – takie zarzuty postawił prokurator z Wydziału do Spraw Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Adamowi D. pseudonim „Kakałko”. Mężczyzna jest podejrzany również o działanie w gangu Leszka C., jednej z najgroźniejszych grup przestępczych we Wrocławiu.

W 1998 roku Adam D. wraz z dwoma kolegami wpadł do mieszkania Zdzisława W. „Kakałko” stwierdził, że przyszedł odzyskać 250 tysięcy złotych, które mężczyzna rzekomo miał oddać pewnej osobie. Zdzisław W. nie krył zdziwienia nieoczekiwaną wizytą egzekutorów długów. Tłumaczył, że to jakaś pomyłka. Mężczyźni nie przyjmowali jednak żadnych argumentów. Zabrali Zdzisławowi W. 2 tysiące złotych, bo tylko tyle pieniędzy miał przy sobie.
Teraz działalnością Adama D. zajął się prokurator. Okazało się, że egzekutorzy długów rzeczywiście pomylili się, żądając od Zdzisława W. zwrotu wierzytelności. Mężczyzna, owszem, prowadził w 1998 roku przedsiębiorstwo, ale nie pożyczał od nikogo tak dużej kwoty.
Sam się zgłosił
Adam D. jest osobą znaną we wrocławskim półświatku. W latach 90. pracował jako ochroniarz w kasynie Polonia. W związku z przestępczymi porachunkami wysadzono mu samochód. W 1996 roku, razem z Piotrem S., mistrzem świata w taekwondo i Rafałem M., ochroniarzem z jednego z kasyn, założył klub nocny Reduta. Formalnie współwłaścicielką lokalu była żona Adama D. O jej interesy dbał jednak mąż. Nieoficjalnie mówi się, że „Kakałko” zajmował się odzyskiwaniem długów. W pewnym momencie zaczął nawet działać legalnie, rejestrując firmę zajmującą się egzekucją wierzytelności.
Kilka miesięcy temu Adam D. sam zgłosił się do policjantów z Centralnego Biura Śledczego. Wyjaśnił, że domyślał się, iż funkcjonariusze zamierzają go zatrzymać. Chodziło o likwidację gangu Leszka C., uznawanego za jedną z najgroźniejszych we Wrocławiu grup przestępczych. Adamowi D. postawiono zarzut udziału w zorganizowanej grupie zbrojnej. O kierowanie gangiem podejrzewa się byłego boksera Leszka C. i mistrza świata w taekwondo Piotra S. (współwłaściciela nocnego klubu Reduta). „Kakałko” przyznał się do współpracy z domniemanymi gangsterami. Wypuszczono go na wolność za poręczeniem majątkowym w kwocie 10 tysięcy złotych. Kilka dni temu Adam D. został zatrzymany.
Kiedy pojawiły się nowe okoliczności dotyczące jego przestępczej działalności prokuratura ponownie wystąpiła do sądu z wnioskiem tymczasowe aresztowanie mężczyzny. Sąd zastosował tak zwany areszt warunkowy. Po wpłaceniu kolejnych dziesięciu tysięcy złotych kaucji, „Kakałko” zostanie wypuszczony na wolność.

Autor artykułu: (RG)

Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Dialog”

October 8th, 2001

(WROCŁAW) Czyżby stara dobra tradycja międzynarodowych festiwali teatralnych miała zostać wskrzeszona w stolicy Dolnego Śląska? Od 8 do 14 października widzowie zobaczą we Wrocławiu 14 przedstawień w ramach Międzynarodowego Festiwalu „Dialog”.

Po śmierci Międzynarodowych Spotkań Teatru Otwartego (od której minęło już 9 lat) we Wrocławiu znów spotkają się zespoły teatralne z całej Europy. Teatralnie będzie nie tylko w teatrach – przedstawienia odbywać się będą także we wrocławskiej wytwórni filmów, w operetce, w kościele, a nawet w szkolnym korytarzu.
Pomysł podsunął Bogdan Zdrojewski, były prezydent Wrocławia, kiedy na dyrektora Teatru Współczesnego nominowana została Krystyna Meissner (która stworzyła toruński festiwal teatralny „Kontakt”). To jej wysiłkiem udało się słowu nadać ciała – powstał nowy Miedzynarodowy Festiwal Teatru „Dialog”, który odtąd będzie się odbywał we Wrocławiu co dwa lata.
- Idee „Dialogu” i toruńskiego „Kontaktu” są podobne – tak jak toruński „Kontakt” miał odsłaniać żelazną kurtynę, pokazywać Wschodowi Zachód i odwrotnie, tak „Dialog” ma umożliwić konfrontację sztuki teatralnej w Europie wschodniej i zachodniej – mówi Krystyna Meissner, organizator festiwalu. – Wrocławska konfrontacja jest rozumiana jednak nieco szerzej. To także spotkanie młodych, startujących dopiero twórców z czołówką reżyserów najwybitniejszych, uznanych na całym świecie.
Każdego dnia festiwalu zobaczymy co najmniej jedno polskie i jedno europejskie przedstawienie. Obok mistrzów: szwajcarskiego reżysera i kompozytora Christofa Marthalera (Specjaliści – tekst własny), Amerykanina Roberta Wilsona (Woyzeck Buchnera), wielkich Polaków – Jerzego Grzegorzewskiego (Operetka Gombrowicza) i Krystiana Lupy (Ausloschung – Wymazywanie Bernharda), spektakle pokażą całkiem młodzi twórcy: Aleksander Kładźko z Petersburga („…po tamtej stronie sensu…”), Litwin Oskaras Korsunovas (Mistrz i Małgorzata).
Wielkie tematy z przeplatać się będą z problamemi naszej codzienności – zobaczymy z jednej strony Bachantki w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i gruzińskiego Fausta Lewana Cuładze, z drugiej strony współczesne Uroczystość w reż. Grzegorza Jarzyny czy 2Pack 29-letniego Abdelaziza Sarrokha z Belgii. Interesująco może wypaść dwugłos w sprawie Czechowa, czyli Wiśniowy Sad Pawła Miśkiewicza i niemiecka Mewa Stefana Puchera, który proponuje całkiem nowatorską interpretację rosyjskiego dramatu. Spektakle otwierający i zamykający festiwal to opowieści oparte o wątki biblijne – Historia Jakuba Piotra Cieplaka i Millenium Mysteries Pawła Szkotaka. Całość festiwalu zakończy międzynarodowy panel poświęcony rozważaniom na temat teatru i kultury współczesnej.

Autor artykułu: Dorota Hartwich